Nie od razu
Zaktualizowano: 15 lip

Jestem tu. W końcu. Tak długo na to czekałam – na dni wolne od zobowiązań i list rzeczy do zrobienia, a za to przepełnione pełnymi relaksu chwilami w moim siedlisku. Jego spokojem, szumem drzew i świergotem ptaków. Porankami na tarasie z kubkiem parującej kawy. Spacerami po lesie.
A jednak pierwsze dni upłynęły inaczej.
Nie umiałam w ciągu jednej chwili wejść w ten spokój. Relaks nie przyszedł automatycznie.
Byłam jak łabędź na jeziorze – na zewnątrz spokój, a pod powierzchnią łapki przebierają energicznie. Bo tyle rzeczy zostało niezrobionych, bo tutaj trzeba zbudować, złożyć, zasadzić, posprzątać, nagrać… Bo, bo, bo…
Musiałam przypomnieć sobie, jak się naprawdę zwalnia.
Pozwoliłam sobie na pracę, bo jednak każda rzecz, która się tutaj pojawia, sprawia, że to miejsce coraz bardziej staje się domem.
Ale z każdym porankiem było we mnie odrobinę mniej pośpiechu. Odrobinę więcej ciszy. Spokoju.

Dzisiaj nic nie buduję.
Dzisiaj w końcu po prostu jestem.
Pozdrawiam z szumiącego Siedliska!



Komentarze